W Krainie Smaku

Nowa karta jesienno-zimowa w Cucinie

W czwartek wieczorem spotkała mnie kolejna okazja goszczenia w restauracji Cucina. Wcześniej byłam tam na warsztatach z Oleofarm, warsztatach z Eterno oraz na lunchu z Trzema Znakami Smaku. Wnętrza, kuchnia i obsługa urzekły mnie tak samo.

Ja i moje towarzyszki w Cucinie

Teraz jednak owych wnętrz jest jeszcze więcej ponieważ restauracja mocno się powiększyła. Powstała:

A teraz o najważniejszym punkcie programu, czyli menu. Każda propozycja była ciekawa i przepięknie podana. Z przyjemnością, po raz kolejny przekonałam się, że to standard w Cucinie.

Przyjęcie zaczęło się od przegrzebków Ceviche marynowanych w cytrynie, z dodatkiem groszku zielonego (ale takiego większego niż ten który znamy ze sklepów detalicznych – jak widać na zdjęciu), antonówką, musem z agrestu i nasion lnu oraz galaretką z syropu z kwiatów z czarnego bzu zmieszanym z czarnuszką.

Następnie na prześlicznych talerzach przybyła do nas podkarpacka wołowina dojrzewająca w serwatce z „Jasiołka”, którą przyćmiły lody z rokitnika – absolutnie genialne! Moim zdaniem powinny być samodzielnym deserem. Smakowały przyjemnie kwaśno-słodko i miały jeszcze pyszny akompaniament – mus z malin.

O zupie (kremie z topinambura) niestety nie jestem w stanie napisać nic poza tym, że ślicznie wyglądała bo topinambur to po prostu nie moja bajka. Ale przy stole nie brakowało zachwytów.

Na pewno zachwyciło mnie natomiast danie rybne – żabnica sous vide (37 st.) z czarną soczewicą. Wydawało mi się, że nie lubię ani jednego, ani drugiego składnika, ale szybko zmieniłam zdanie. Struktura i smak rybki oceniam na piątkę z plusem. Podobnie jak strączki i estetykę podania, oczywiście.

Przed daniem mięsnym otrzymaliśmy jeszcze coś na pobudzenie kubków smakowych, czyli amuse-bouche w postaci sorbetu z marakui. Pycha!

Danie mięsne – comber z jelenia – również uważam za genialne. Mięsko było dość krwiste jak na moje standardy, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Smakowało genialnie. Dodatek jarzębiny mi nie podpasował, a brownie z kaszy jaglanej mi się nie komponowało z mięsem. Niemniej jako deser było wybitne 🙂

Oficjalny deser stanowiła beza rosyjska z bezą francuską i musem z jagód. Nie przepadam za bezami, więc nie oceniam.

To tak sobie pojadłam w Cucinie 🙂 Jak widzicie Cucina serwuje zdecydowanie autorską kuchnię jakiej nie skosztuje się nigdzie indziej! Polecam gorąco. Każda wyprawa do Cuciny to prawdziwa kulinarna przygoda.

Aaa, jeszcze o jednym zapomniałam! Do każdego dania podawano odpowiednio dobrane wino.

I jeszcze jedna ciekawostka – podczas naszej kolacji wyserwowano takiego oto steka Tomahawk dla jednego z gości! Super widowiskowo to wyglądało.